should I start giving up or am I too late.

30/01/2010

tracę grunt pod nogami. nie wiem kiedy odzyskam stabilność. żyję na krawędzi. i gdyby nie ogromny strach, że sobie z tym wszystkim nie poradzę i nie zdążę byłoby to całkiem fajne uczucie.

nie tak to sobie wyobrażałam. myślałam, że pisanie magisterki będzie choć odrobinę interesujące i nie będę miała na myśl o tym miliona przekleństw w głowie i odruchu wymiotnego.

cały czas to gdzieś tam we mnie siedzi. ciągle przewija się ten sam motyw, ta sama osoba. czy to w snach czy wspomnieniach. a na usta cisną się słowa nie śnij się nie śnij, robisz mi nieporządek w chaosie. chyba się nigdy nie pozbędę tego uczucia. i nawet nie chcę, bo przynajmniej wiem, że potrafię jeszcze coś czuć.


well, I’m fed up with this train of events.

18/01/2010

marzy mi się coś, czego w żadnych wypadku dostać nie moge. marzy mi się druga szansa. by wszystko zrobić inaczej. choć właściwie nie wiem czy byłabym w stanie. powinnam przestać oglądać te wszystkie obrazy, bo tylko mącą w głowie i dają do myślenia, a ja zwyczajnie nie mam na to teraz czasu. coraz częściej mam jednak wrażenie, że w jakimś stopniu przegrałam swoją młodość, że najlepszy okres w moim życiu już minął, a ja nie wykorzystałam go odpowiednio.

moja bateria się wyczerpuje i przez najbliższe 2 miesiące nie będę miała ani chwili by ją podładować. ale przecież jeszcze niedawno tego właśnie chciałam. życia na pełnych obrotach. lecz nie na krawędzi wyczerpania. chciałabym powiedzieć, że  jebie mnie to wszystko, ale jestem jednak zbyt odpowiedzialna by teraz to rzucić i wrócić w najbardziej ostatnim momencie. ratują mnie powroty do domu z papierosem w ręce i czymś energetycznym w uszach. i nadzieja, że wiosna da mi trochę oddechu i świeżego powietrza.


now or never.

08/01/2010

życie w dużym mieście w pojedynke jest trudne. ciągle łapiesz się różnych ludzi pojawiających się w Twoim życiu i tworzącym w nim tylko krótkie epizody. złapać się łatwiej niż puścić. puszczanie boli zawsze równie mocno, bo za każdym razem tak samo się angażujesz. nigdy się jednak nie zrażasz i wciąż to robisz, bo czasem potrzebujesz ludzi, czasem potrzebujesz tych epizodów, wiedząc jak się zakończą. kolejny epizod w moim życiu powoli dobiega końca, więc już zaczynam myśleć o tym co dalej.

ale póki co wszystko co kocham, sesja i wyjazd do uk.


But I’m still trying to make my mind up, am I free or am I tied up?

02/01/2010

czuję, że to byłby idealny czas na oddanie się alkoholowym upojeniom tańcząc w rytm lejdi gagi nie zastanawiając się nad tym jak bardzo następnego dnia trzeba będzie się ogarnąć. ogarnianie się jednak będzie domeną i tego roku, bo choć nie wiem  jak bardzo bym tego nie chciała to pewne rzeczy muszę zamknąć.

jeszcze kilka dni temu nie pomyślałabym, że mogę kiedykolwiek odzyskać wiarę w moc sylwestrowej nocy.


when you say it’s gonna happen now. well, when exactly do you mean?

29/12/2009

nie pamiętam już jakie były postanowienia na ten rok. zresztą, nieważne. i tak się pewnie nie ziściły. ale spełniło mi się mnóstwo innych nie mniej ważnych rzeczy. postanowienia na rok nadchodzący są, ale zostaną tylko w mojej głowie, jedne jako rzeczy kompletnie abstrakcyjne, inne jako całkiem namacalne. choć ja jednak nie postrzegam tego wszystkiego w kategoriach stary/nowy rok, wszystko płynie i jedna noc absolutnie nie jest w stanie tego zmienić.


niestety, brak chęci do życia nie wystarcza, by mieć ochotę na śmierć.

19/12/2009

wiadomość, że rezultat wszystkich moich wrześniowych męczarni nie jest satysfakcjonujący i tak naprawdę niewiele zmienił rozwala mnie na atomy. bo właściwie znów wszystko zaczyna się od początku, a ja kompletnie nie mam już na to siły. przecież i tym razem może się nie udać, nigdy może się nie udać, a to chyba już kompletnie by mnie dobiło.

ostatni tydzień był jednym z najgorszych w tym roku. cały grudzień nie był dobry tak w ogóle. teraz czekam na c o ś, choć nie wiem dokładnie co to jest. jestem w domu, łapię trochę ciepła i wkurwienia. bo w tym domu te dwie rzeczy zawsze się ze sobą łączą.

w nowym roku chciałabym sobie życzyć zdrowych oczu, ale wiem, że to się niestety nigdy nie spełni.


as far as I can tell, you’ve created your own hell.

15/12/2009

znów zdarza mi się dramatyzować, by wzbudzić w innych litość, którą tak bardzo gardze. chyba desperacko potrzebuję zwrócić na siebie uwage. a tak naprawdę powinnam pisać poradniki z cyklu jak w prosty i szybki sposób zrazić do siebie ludzi.

nie jest dobrze, bo czuję, że w grudniu osiągnę poziom totalnego zmęczenia materiału.


I really can’t exist if you don’t see me.

12/12/2009

dopada mnie  pewien rodzaj melancholii i depresyjności. kiedy włączam tylko te najsmutniejsze piosenki i zapętlam je do bólu. pamiętam, że tak wyglądał cały mój styczeń tego roku. próżnia w którą wtedy wpadłam wypuściła mnie właściwie dopiero latem wraz z rozpoczęciem sezonu koncertowego.

mówię sobie, że to nie jest związane z końcem roku i podsumowaniami jakie ze sobą niesie. ale choćby nie wiem jak bardzo nie chcemy ich robić zawsze się pojawiają.

dążę też w pewnym sensie do autodestrukcji, bo zawsze gdy zależy mi na ludziach, w pewnym momencie, tzw pukncie zwrotnym, się od nich odcinam, by sprawdzić czy im też na mnie zależy i czy będą mnie szukać. w czym się objawia autodestrukcja, wiadomo. nigdy nie dostaję tego, czego oczekuję.


I should be thinking but I’m lightened by floating.

03/12/2009

ten tydzień zaczął się wyjątkowo dobrze. zaczął się wyznaczaniem kolejnych punktów odniesienia, których będę się kurczowo trzymać. ostatni dzień grudnia, który już miałam zamiar spędzić w pracy stanie się prawdopodobnie jednym z zabawniejszych dni w ostatnim czasie. koniec lutego, kiedy wyruszamy w mini trasę po UK.

zbliża się ostatni tegoroczny koncert. tym razem w pojedynkę.

dopadają mnie wątpliwości, dylematy. syndrom ostatniego roku studiów. właściwie jeszcze do niedawna wiedziałam co chciałabym robić w życiu, miałam tylko problem z realizacją. a teraz nie wiem czy jest to taki dobry pomysł. ale jeżeli nie to, to co? jedno wiem na pewno: to miasto należy do mnie i nie wypuszczę go z ręki bez walki.


in the end all you can hope for is the love you felt to equal the pain you’ve gone through.

27/11/2009

koncertowa jesień dobiega końca. dawno nic nie dostarczyło mi tylu emocji i wzruszeń. ostatnie dwa wydarzenia może i nie były rewolucyjne, ale na pewno bardzo przyjemne.  wierzę, że przyszłoroczna wiosna też przyniesie kilka podobnych muzycznych przygód.

ogarnianie średnio mi ostatnio wychodzi z powodu permanentnego braku czasu i niewyspania. jestem wyprana ze słów i złych myśli. do odwołania.