ten tydzień zaczął się wyjątkowo dobrze. zaczął się wyznaczaniem kolejnych punktów odniesienia, których będę się kurczowo trzymać. ostatni dzień grudnia, który już miałam zamiar spędzić w pracy stanie się prawdopodobnie jednym z zabawniejszych dni w ostatnim czasie. koniec lutego, kiedy wyruszamy w mini trasę po UK.

zbliża się ostatni tegoroczny koncert. tym razem w pojedynkę.

dopadają mnie wątpliwości, dylematy. syndrom ostatniego roku studiów. właściwie jeszcze do niedawna wiedziałam co chciałabym robić w życiu, miałam tylko problem z realizacją. a teraz nie wiem czy jest to taki dobry pomysł. ale jeżeli nie to, to co? jedno wiem na pewno: to miasto należy do mnie i nie wypuszczę go z ręki bez walki.

koncertowa jesień dobiega końca. dawno nic nie dostarczyło mi tylu emocji i wzruszeń. ostatnie dwa wydarzenia może i nie były rewolucyjne, ale na pewno bardzo przyjemne.  wierzę, że przyszłoroczna wiosna też przyniesie kilka podobnych muzycznych przygód.

ogarnianie średnio mi ostatnio wychodzi z powodu permanentnego braku czasu i niewyspania. jestem wyprana ze słów i złych myśli. do odwołania.

ta jesień sprzyja uświadamianiu i godzeniu się z pewnymi sytuacjami. ludzie zawsze odchodzili z mojego życia równie szybko i boleśnie jak się w nim pojawiali. silne więzi, zbyt silne. czasem rozstania są dobre, toksyczne związki zawsze tylko zatruwają i nie daja nic w zamian. tej jesieni oczyszczam się z toksyn. tylko czy zostaną mi po tobie blizny?

za mną kolejny koncert tej jesieni. pierwszy rząd i napis viva hate na mej koszulce. a ckod to najlepsi niegrzeczni chłopcy w tym kraju. za 10dni kolejna porcja wrażeń.

obiecywałam, że już nie będę komplikować swojego życia, że odetnę się od jego etapu, który już dawno za mną. ale czasem to jest silniejsze od Ciebie, musisz się odezwać i musisz dostać odpowiedź. odrzucam jednak zbędne analizowanie i skupiam się na innych rzeczach.

cool kids of death – to nie zdarza się nam.

mam swój jesienny manifest. m. nie zdając sobie pewnie z tego sprawy trafił we mnie tym utworem. idealnie.

i mam tez jaśniejszy moment w swoim życiu, cele stają się wtedy bardziej wyraźne, a pragnienia intensywniejsze. nie ma się jednak z czego cieszyć, bo to minie. coś mnie porządnie spoliczkuje i znów będę tym samym żałosnym człowiekiem. ale póki co się nie martwię. czasem nawet wierzę, że jeszcze wszystko się ułoży, co mnie ogromnie przeraża. to jest takie uczucie kiedy lekarz ci mówi, że zostało Ci kilka tygodni życia, a Ty rzucasz prace, jedziesz na wakacje, kupujesz wymarzony samochód, ale gdzieś tam w środku masz nadzieję, że diagnoza była błędna, bo życie właśnie zaczyna Ci się podobać.

tak, listopad miesiącem ogarniania. ja ogarniam magisterkę i szukanie nowej pracy.

koncert soap&skin to zdecydowanie muzyczne wydarzenie tego miesiąca. zimne, przestrzenne wnętrze muzealnego hangaru, światła skierowane w jedno miejsce na scenie, pierwszy rząd i ona, piekielnie utalentowana kobieta-zombie. cholernie dawno nie czułam tylu emocji i dreszczy na całym ciele. to wszystko było tak bardzo idealne. miejsce, czas, scena, fortepian, dźwięki.

m. mówi, że zmienił mi się styl, że czuć w tym pewną dawkę pozytywnych emocji. a ja się boję, że to jak domek z kart, który lada moment się zawali. ale tak, czuję się lepiej odkąd postanowiłam pewne sprawy poukładać. wiem, że nie uda mi się ogarnąć wszystkiego na raz, że to wymaga czasu, ale jestem na to przygotowana, najważniejsze by wreszcie zacząć.

plany. planujemy dojazd do wawy, próbę dotarcia pod barierki na koncercie placebo. próbę dotarcia pod barierki na koncercie editorsów. sprawdzamy loty do birmingham. chcę zobaczyć londyn. zaśpiewać sunglasses at night.

czasem jeszcze się coś udaje. na twarzy pojawia się uśmiech. tak jak wczoraj gdy na sam koniec koncertu słyszysz dźwięki utworu na który tak długo czekałaś. albo gdy patrzysz w lustro i to co widzisz jest bardziej zadowalające niż 2 tygodnie temu. biorę się w garść i powoli się ogarniam. nie na siłę, krok po kroku. są jeszcze rzeczy na które narazie nie mam wpływu i takie o których chciałabym jak najszybciej zapomnieć. ale radzę sobie z tym. przecież muszę.

koncertowa jesień zaczęła się wczoraj świetnym koncertem IAMXa. za tydzień spotykamy się z Soap&Skin. lubię takie przerywniki szarej rzeczywistości.

zimne poranki na mieście i wieczory w ciepłym już mieszkaniu. taką jesień lubię. nie potrzeba mi wieczornego wychodzenia, z tym poczekam na was. nie będzie mi się nudzić tej jesieni. chyba to dobrze.

zapełniam sobie tygodniowy plan zajęciami na uczelni, zajęciami z angielskiego, niechcianą już pracą. jeden sobotni wieczór rezerwuję dla IAMX’a, jeden dla Soap&Skin i błądzenia po jesiennym kazimierzu.

tylko nie dać się rozpierdolić.

jeszcze kilka dni temu miałam w głowie zarys planu na życie. dziś nie ma to już znaczenia, bo znów spieprzyłam. nic ten wrzesień nie zmienił. może tylko skomplikował. jadąc w piątek pekaesem całą drogę myślałam o tym co mogłabym robić po skończeniu studiów. nie o tym co bym chciała robić, lecz o tym do czego mogę się nadawać. i cóż. jak narazie zero pomysłów.

wracam na studia. ostatni już rok. potem będzie tylko gorzej. staram się znaleźć pomysł na siebie, jeszcze nie jestem beznadziejnie zniechęcona. czekam na wszystkie jesienne koncerty, na pierwsze mocne zaciągnięcie się papierosem po tej dość długiej jak na mnie przerwie. czytam dom augusty, który już od samego początku jest tak przerażająco smutny, namiętnie oglądam house’a, z każdym odcinkiem zakochując się w nim coraz bardziej. gdzieś tam głęboko jesteśmy bardzo podobni. i tak, everybody lies, więc dlaczego ja tego nie robię? chyba czas najwyższy zacząć. wtedy powinno być łatwiej.

całkowicie nowe doświadczenie. kroplówka, szpitalne łóżka. narkoza to zupełnie przedziwna i niesamowicie fascynująca mnie rzecz. moje ciało nie znosi swego obecnego stanu tak dobrze jak myślałam. ciągłe leżenie mnie męczy, pewne miejsca bolą i nie chcą się goić tak szybko jak bym chciała. wszystko potrzebuje czasu, ja go jednak nie lubię w nadmiarze marnować. z pozoru mogło się wydawać, że to nic wielkiego, zwykły zabieg kosmetyczny po którym będę się czuć wyśmienicie i który można spokojnie zbagatelizować. nic bardziej mylnego.

to leżenie i nicnierobienie pomaga mi jednak pewne sprawy sobie w głowie poukładać. ułożyć jakąś hierarchię wartości, rzeczy do zrobienia jeszcze w tym roku. niech się tylko wszystko ustabilizuje, niech się skończy wrzesień.

w takiej sytuacji naprawdę potrzebujesz pomocnej dłoni i słów otuchy, potrzebujesz głupich smsów i zabawnych historii. potrzebujesz chwili uwagi. dwóm osobom z naszego namiotu bardzo za to wszystko dziękuje.

powoli ogarniam niektóre sprawy, jest coraz mniej do załatwienia. pewnych sytuacji nie da się jednak rozwiązać tak szybko, uwierają cały czas tak samo mocno albo i bardziej.

zaczynam się zajebiście bać następnego czwartku. nie wiem czego się spodziewać i przeraża mnie to. bo niby ma być wszystko w porządku, zero komplikacji. życie jednak bardzo komplikacje lubi.