tracę grunt pod nogami. nie wiem kiedy odzyskam stabilność. żyję na krawędzi. i gdyby nie ogromny strach, że sobie z tym wszystkim nie poradzę i nie zdążę byłoby to całkiem fajne uczucie.
nie tak to sobie wyobrażałam. myślałam, że pisanie magisterki będzie choć odrobinę interesujące i nie będę miała na myśl o tym miliona przekleństw w głowie i odruchu wymiotnego.
cały czas to gdzieś tam we mnie siedzi. ciągle przewija się ten sam motyw, ta sama osoba. czy to w snach czy wspomnieniach. a na usta cisną się słowa nie śnij się nie śnij, robisz mi nieporządek w chaosie. chyba się nigdy nie pozbędę tego uczucia. i nawet nie chcę, bo przynajmniej wiem, że potrafię jeszcze coś czuć.